Jesteś w związku i bardzo chcesz psa. Marzysz o tym od dawna – o miękkim futrze, mokrym nosie i wspólnych spacerach o świcie. Problem w tym, że druga strona mówi „nie”. Tu pojawia się pytanie: czy to jest OK, żeby mimo wszystko zaprosić psa do domu? Na pytanie co zrobić, kiedy partner nie chce psa, nie ma jednej dobrej odpowiedzi. To nie jest prosty temat.
Różni ludzie, rożne historie
Jasne, wielu z nas zna historie w stylu „partner nie chce psa, a teraz nie rozstaje się ani na chwilę”. Ale są też inne, mniej filmowe scenariusze. Takie, w których okazuje się, że pies ma problemy zdrowotne, że wymaga znacznie więcej czasu, energii i zasobów niż się wydawało. A wtedy? Jeśli nie byliście na to gotowi razem, to może być naprawdę trudno na nowo poukładać zasady w domu. Nie mówię, że musicie mieć wspólną wizję co do każdej miski i każdej komendy. Ale jeśli jedna osoba jest bardzo na „nie”, a druga bardzo na „tak”, to trzeba uczciwie powiedzieć, że decyzja o przyjęciu psa do domu w takiej sytuacji jest ryzykowna.
Psy są cudowne, ale nie zawsze łatwe. Życie z psem, którego ktoś się boi, który staje się punktem zapalnym w związku, a to już nie jest film familijny, tylko osobisty dramat. Mam jednak coś, co może pomóc. Nazywam to testowaniem rzeczywistości. Zamiast od razu rzucać się w głęboką wodę, można spróbować tymczasowego rozwiązania.
Kiedy partner nie chce psa – inne rozwiązania
Jedną z opcji jest zostanie domem tymczasowym czyli dać psu schronienie na czas, zanim znajdzie swoją docelową rodzinę. To nie tylko piękny gest, ale też najlepszy sprawdzian. Z doświadczenia: kiedyś mój (wtedy jeszcze nie) mąż wymarzył sobie szczeniaka owczarka niemieckiego lub belgijskiego. Nie chciałam być złą partnerką serwując mu komunikat: „nie wierzę, że dasz radę z takim psem”, więc zamiast tego znalazłam psa w typie owczarka, który potrzebował tymczasowego domu. Był piękny, żywiołowy i jak to owczarek – pomysłowy jak diabli.
Po tygodniu wiedzieliśmy, że choć pies był fantastyczny, to kompletnie nie pasował do naszego stylu życia. Teraz żyje sobie szczęśliwie z Eweliną i Damianem, a my mamy czyste sumienie i ważną lekcję za sobą.
Jeśli dom tymczasowy to zbyt duże wyzwanie…
Można też zaopiekować się psem znajomego na kilka dni czy tygodni. Moja przyjaciółka wzięła na siebie taką opiekę i… zrozumiała, że po prostu za bardzo lubi swoje życie, żeby poświęcać istotne dla niej aktywności na rzecz spacerów, obowiązków, ograniczeń. I to też jest OK. Takie wnioski są ważne. Bo prawda jest taka, że media kochają pokazywać radosne oblicze życia z czworonogiem. Piękne zdjęcia, szczęśliwe dzieci, uśmiechnięte pary z labradorem na tle zachodzącego słońca. Mało kto mówi o drugiej stronie czyli o zmęczeniu, frustracji i konfliktach.
Kojarzy mi się to trochę z tekstami „dzieci są cudowne, musicie się zdecydować, to najlepsze, co może was spotkać”. Mam dziecko, mam psy i totalnie rozumiem tych, którzy nie chcą żadnego z powyższych.
Na koniec jeszcze jedno o czym warto pamiętać. Mianowicie to, że miało się psa w dzieciństwie, nie jest tym samym, co mieć psa dzisiaj. Świat się zmienił. Psy też się zmieniły. Życie przyspieszyło. I nasze zasoby takie jak czas, energia, cierpliwość też są już zupełnie inne. Jeśli po testach, doświadczeniach i próbach poczujecie, że pies stanowi brakujący
puzzel waszego życia to super. Wtedy będziecie gotowi podjąć decyzję wspólnie, świadomie i z sercem.
Dorastający pies – czyli dlaczego “jakoś to będzie” to za mało
Czasem mamy takie ciche (albo bardzo głośne) nadzieje, że z tym naszym psem, a szczególnie z tym psim nastolatkiem, to trzeba po prostu „przetrwać”. Zacisnąć zęby, powtarzać jak mantrę „to przejściowe” i poczekać, aż „mu przejdzie”, że to tylko faza i jeszcze trochę i będzie grzeczny, zrównoważony, jak z obrazka. No cóż… tylko że to tak nie działa.
Okres dorastania u psa to nie jest czas, który po prostu mija. To czas, który kształtuje. Tak jak ludzka młodzież tak i psy w wieku młodzieńczym uczą się swojej roli społecznej. Żeby się jej nauczyć, nie wystarczy siedzieć w domu i czekać, aż
hormony opadną. Trzeba doświadczeń – tych fajnych, ale i tych trudnych. Trzeba kontaktów z rówieśnikami, z mądrymi dorosłymi psami, z różnymi sytuacjami społecznymi. I trzeba też… ponieść konsekwencje swojego zachowania.
Już we wrześniu startuje IV edycja naszego kursu behawiorysty! Jeśli kupisz kurs do końca lipca, dodatkowo otrzymasz superwizję! Szczegóły znajdziesz na stronie Kursu.
Jak to wygląda w praktyce?
Szczeniaczki są słodkie to wiemy wszyscy. Ich głupotki wybaczamy z uśmiechem, bo przecież to „dziecko”.
Dorosłe psy to te poważne, stateczne, które często budzą szacunek. A pomiędzy? Psie nastolatki. Ten etap, którego nie da się przeskoczyć. Tak jak człowiek musi czasem się pokłócić, przesadzić, przeprosić, tak samo pies musi poćwiczyć bycie psem. Komunikację. Emocje. Odczytywanie sygnałów. Próby granic. W idealnym świecie nasz psiak uczy się od psów dorosłych, zrównoważonych takich, które powiedzą „hej, stop” w odpowiednim momencie. Jednak równie cenne są spotkania z innymi nastolatkami, w których raz przegra, raz wygra, raz się pokłóci, a potem zaraz znowu się pobawi. Często opiekunowie/ki bardzo się wtedy martwią. Bo przecież jeszcze niedawno to był ich słodki, puchaty maluszek, a teraz?
Nie reaguje, rzuca się do innych, zaczyna kombinować. Inne psy też nagle go inaczej traktują – już nie jak dzieciaka, któremu się wszystko wybacza, tylko jak kogoś, kto musi się nauczyć, gdzie są granice. Warto pamiętać, że psia komunikacja w tym wieku nie jest subtelna. Tak jak my w czasach buntu nie byliśmy subtelni i trzaskaliśmy drzwiami, testowaliśmy granice rodziców i otoczenia. Uczyliśmy się siebie przez próby i błędy, przez różne doświadczenia. I z psami jest tak samo.To nie znaczy, że mamy pozwalać na wszystko. Ale znaczy, że nie możemy oczekiwać, że samo się naprawi. Bo się nie naprawi. Z tego się rośnie, ale tylko, jeśli po drodze było z czym rosnąć.
Jeśli więc Twój psi nastolatek właśnie „szaleje”, zmienia się, nie poznajesz go – spokojnie. Wdech, wydech. On naprawdę nie zwariował. Po prostu dorasta. A Twoja rola? Być przy nim. Zapewnić mu odpowiednie kontakty. Zadbać o jego emocje. Pozwolić mu popełniać błędy, ale i wyciągać z nich wnioski. To minie. Ale tylko wtedy, kiedy mu w tym pomożesz.
Miał być pies idealny, a wyszło… życie – czyli najważniejsze lekcje przychodzą na czterech łapach
Jadąc na wakacje, planujemy wszystko z należytą dla Nas precyzją. Najlepszy ośrodek, bliskość do stoku czy śniadania w formie bufetu. Komfort to coś, do czego przywykliśmy, ale też coś czego coraz częściej oczekujemy również od życia. Chcemy wygody, przewidywalności, rzeczy zgodnych z planem. Deszcz bez parasola to katastrofa. Zimna kawa to powód do dramatycznych westchnień. Zbyt długi czas oczekiwania? Oburzenie. Ale potem w naszym życiu pojawia się pies. I rzeczywistość zaczyna się rozmywać. Bo pies nie pyta, czy jesteś gotowy na zmiany. On po prostu wprowadza je w życie. Zmienia rytm dnia. Wymusza wstawanie, kiedy jeszcze ciemno i nie interesuje go twoje „jeszcze 5 minut”. Spacery w deszczu, w błocie, w zimnie. Zmienia nasz plan dnia, ale też… plan na siebie. Bo pies uczy, że nie wszystko jest o nas. Trzeba wyjść na spacer, choćby chciało się zaciągnąć kołdrę na głowę. Zdjąć wygodne myślenie o własnym komforcie i założyć buty, których nie szkoda. Trzeba wejść w życie z kimś, kto nie rozumie, że dziś masz gorszy dzień, że boli cię głowa, że deadline się zbliża. Pies nie przychodzi po to, by nam było wygodniej. On przychodzi, byśmy zobaczyli, co to znaczy żyć prawdziwie.I teraz bardzo ważna rzecz:
Pies to nie produkt
Nie możesz go sobie dobrać jak idealne krzesło do salonu. Nawet jeśli wybierzesz „odpowiednią rasę”, sprawdzoną hodowlę, nawet jeśli przeczytasz wszystko, co tylko się da on i tak cię zaskoczy. Bo psa nie da się zaprogramować. On nie jest pustą kartką, ale też nie jest gotowym obrazem. To żywa istota. Z temperamentem, który dopiero dojrzewa. Z osobowością, która potrzebuje czasu, doświadczeń i przede wszystkim wsparcia. Cichy szczeniak może nagle odkryć w sobie odwagę. A ten najbardziej pewny siebie okazać się wrażliwcem, który potrzebuje ciszy i spokoju. Możesz mieć wizję, że będziecie biegać razem przy rowerze, zwiedzać Europę, chodzić po górach. A potem się okaże, że twój pies najbardziej kocha spokojne, powtarzalne spacery z tymi samymi kumplami
po tym samym osiedlu. I wiesz co?
To też jest OK. Bo więź z psem to nie jest wspólne realizowanie planu. To wspólne odkrywanie życia. To patrzenie, jak pies rośnie, jak dojrzewa, jak codziennie staje się bardziej sobą, jak i ty przy nim też. Bo
prawdziwa więź nie polega na tym, że przewidziałeś wszystko. Prawdziwa więź zaczyna się tam, gdzie zaczyna się akceptacja. Gdzie dajesz przestrzeń na to, by pies był sobą, a nie twoim wyobrażeniem o psie. I wiesz, co się wtedy dzieje?
Zaczynasz dostrzegać piękno w tym, co nieidealne. W tym, co wymyka się planom. Zaczynasz czuć radość z rzeczy prostych: ze wspólnego spaceru, z zaufania, z tego, że ktoś obok ciebie zasypia spokojnie, bo wie, że jest bezpieczny.
To prawda, że pies odbiera komfort twojego życia, ale w zamian daje coś dużo większego: sens. Tak jak nie jesteśmy w stanie zaprogramować dziecka, które urodzi się z naszych genów, tak nie jesteśmy w stanie dokładnie przewidzieć, jaki będzie pies, którego zaprosiliśmy do domu. I dobrze. Bo życie, które daje pewność, nie daje przygody. A pies to właśnie przygoda często wymagająca, męcząca, czasem irytująca, ale zawsze głęboko znacząca. Więc jeśli pytasz, czy pies uczyni twoje życie prostszym – nie.
Ale jeśli pytasz, czy uczyni je pełniejszym to odpowiedź brzmi – tak, bardzo.